|
KLATWA ELFÓW
fragmenty
PROLOG
W Lochach panowa?a cisza poch?aniaj?ca ka?dy d?wi?k. Wszystko zalewa? mrok i zw?tpienie, a ?wiat?o go?ci?o w tym miejscu równie rzadko jak nadzieja. Nic nie mia?o prawa tutaj ?y? prócz cieni i koszmarów sp?odzonych przez um?czon? wyobra?ni? wi??niów. Nagle cisza ugi??a si? pod st?umionym odg?osem kroków, a gdzie? wewn?trz ciemno?ci da?o si? ujrze? nik?y blask. Trzy postaci sun??y po?ród aksamitnej czerni. Kobieta i dwóch m??czyzn. Siwe d?ugie w?osy zdradza?y podesz?y wiek jednego z nich. Wygl?daliby jak elfy, gdyby nie pos?pna czer? ich cia?. Byli zdenerwowani i przera?eni panuj?c? dooko?a atmosfer? ?mierci. Nas?uchiwali.
- Musimy si? spieszy? - wyszepta? m?odszy m??czyzna i popatrzy? na swoj? towarzyszk?, a dwie ?renice w jego prawym oku poruszy?y si? nieznacznie. Twarz kobiety ?wieci?a si? od potu i ?ez przera?enia. Ona tak?e patrzy?a na niego, staraj?c si? zapami?ta? ka?dy szczegó? jego rysów… na wypadek, gdyby ju? nigdy nie mia?a go zobaczy?.
Starzec podniós? r?k?. Skin?li g?owami i ruszyli we wskazanym kierunku. Zatrzymali si? na moment u wylotu w?skiego korytarza, na którego ko?cu delikatnie pulsowa?o ?wiat?o, daj?c im nik??, by? mo?e z?udn? nadziej?. Wiedzieli, ?e s? ju? blisko. Posuwali si? w stron? po?wiaty, jakby od tego zale?a?o ich ?ycie. Na koniec weszli do owalnej celi, tym straszliwszej, ?e naturalne ?wiat?o emitowane przez magiczny kamie? by?o na ich oczach poch?aniane przez wieczny mrok.
- Kamie? Wieczno?ci - wyszepta?a kobieta, dr??cym g?osem. Starzec odetchn?? g??boko i w milczeniu zbli?y? si? do artefaktu. Pochyli? si? nad nim i dotkn?? okrywaj?cej go ?wietlistej kopu?y. B?ysn??o o?lepiaj?ce ?wiat?o, a on upad? na kamienn? posadzk?. Kobieta i m??czyzna pochylili si? nad nim, a potem podeszli do ?wietlistego kamienia i po?o?yli na nim d?onie. Komnata ponownie uton??a w bia?ym ?wietle.
Rozdzia? 1
JESTEM SYNEM EAROWOSKI
pocz?tek
Wszystkie cztery s?o?ca wisia?y teraz nad Slamishyx - Planet? Fioletowych Mórz. ?ar la? si? z nieba i pie?ci? ?wiadomo?? tysi?cy elfów, którzy spacerowali po rynku miasta Otimi, miasta rz?dzonego przez wspania?ego, pot??nego w?adc? Sanajarawa, co w mowie staro?ytnych oznacza Surowy.
Szed?em ulic?, która ko?czy?a si? u stóp pa?acu w?adcy. Rozmy?la?em. W?a?nie rozsta?em si? z elfem, który patrz?c z pogard? na mój dziwny wygl?d, spyta? kim by? mój ojciec, ?e sp?odzi? takiego dziwaka. Rzeczywi?cie, w spo?eczno?ci bladych, dostojnych elfów o b??kitnych oczach by?em odmie?cem. Czer? mojej skóry kojarzy?a si? elfom z wiecznym z?em, op?taniem i wieloma innymi równie nieprzyjemnymi rzeczami. Niezdarnie uci?te, kruczoczarne, wiecznie wpadaj?ce do oczu w?osy tak?e wyró?nia?y si? spo?ród morza g?ów ozdobionych pi?knymi blond fryzurami. Na ?wiat patrzy?em czarnymi oczami, w których odbija?y si? grymasy szyderstwa rzucane w moj? stron?. Gdy by?em ma?y, nie mog?em ich znie??. Jak ka?de dziecko bardzo prze?ywa?em odtr?cenie i brak akceptacji. Pó?niej przyzwyczai?em si?. Tego dnia z?o?liwa uwaga o moim wygl?dzie przypomnia? mi, ?e swojego ojca zupe?nie nie pami?tam. Opu?ci? nas wiele lat temu. Mia?em wtedy nieca?e cztery lata, a mój m?odszy brat zaledwie rok. Diwi i Bix, dwaj bli?niacy, najm?odsi cz?onkowie rodziny dopiero si? urodzili, wi?c nawet go nie poznali. Najgorsze by?o to, ?e nie mia?em pewno?ci, czy tata w ogóle wie, kim jest jego pierworodny. Z drugiej strony mo?e to i lepiej? Mo?e… mo?e gdyby si? dowiedzia?, jak wygl?dam, znienawidzi?by mnie? Teraz przynajmniej by?em mu oboj?tny. Teraz o mnie nie pami?ta? i nie cierpia?, ?e jestem taki, a nie inny.
Pogr??ony w my?lach, nie zauwa?y?em, ?e przede mn? pojawi? si? ten, który by? koszmarem mojego ?ycia. Na przeciw mnie, z zadart? dumnie g?ow?, sta? oparty o ?cian? mój brat Marshex. Mimo, ?e m?odszy, zawsze mnie przera?a?. W?a?ciwie to jeszcze dzieciak. Czym by?o jego dwana?cie lat przy moich szesnastu? Wed?ug prawa od kilkunastu dni zalicza?em si? do doros?ych, ale mimo to, wci?? si? go ba?em. Czemu? To proste. Zawsze sta?o za nim co najmniej pi?cioro smarkaczy, a ka?dy w d?oni trzyma? kij lub proc?. Jego ma?a banda by?a postrachem ca?ej okolicy.
- Precz z naszego miasta dziwol?gu! - wrzasn?? Marshex. Kilku przechodniów przystan??o zaciekawionych. Czarnoskóry ch?opak kontra banda niezno?nych elfów bez zasad. To gwarantowa?o rozrywk?. Spojrza?em g??boko w szkliste oczka Marshexa. Jego s?owa rozpali?y w moim sercu nienawi?? i gniew. Nagle przesta?em si? ba?. U?miechn??em si?. Szybko policzy?em. Sze?ciu przeciwko jednemu. Nie by?o ?le. Zdarza?o mi si? bra? udzia? w bójkach, w których napastnicy mieli wi?ksz? przewag?. Dzieciaki rozbieg?y, chc?c mnie otoczy?. B?yskawicznie podci??em nogi pierwszemu z nich. Upadaj?c chwyci? kurczowo r?kaw biegn?cego obok ch?opaka. Jak by?o do przewidzenia, po chwili obaj le?eli. Podnios?em upuszczony przez starszego kij i odwróci?em si? do pozosta?ej czwórki. Wyszczerzy?em z?by na widok ich niepewnych min. Tym razem nie czeka?em, a? zdecyduj? si? zaatakowa?, tym bardziej ?e ochota do zabawy ju? im przesz?a. Zast?pi?em drog? najbli?szemu i natar?em na niego z kijem. Nabi?em kilka siniaków, a on zawy?, jakbym mu potrzaska? ko?ci. Pozostali uciekli z wrzaskiem, zostawiaj?c na mojej drodze samotnego Marshexa.
Rozdzia? 5
OP?TANIE
fragment „Op?tanie”
Nast?pnego dnia mog?em ju? wychodzi?, a nawet pozwolono mi wróci? do siebie. Natychmiast przenios?em si? do swojego pokoju.
Kiedy tam wszed?em, zobaczy?em siedz?cego na ?ó?ku Ombiraxa. Jedn? r?k? trzyma? gryf, a drug? dotyka? strun le??cej na jego kolanach gitary. Patrzy? przed siebie i nie zwraca? uwagi na to, co dzia?o si? dooko?a. Jego zwinne palce musn??y struny. Kiedy us?ysza?em muzyk?, natychmiast przypomnia?em sobie wydarzenie z poprzedniego dnia. Tak jak poprzednio, oczy Ombiraxa zmiemieni?y si?. Sta?y si? bia?e i g?adkie. Chcia?em do niego podje??, ale nogi odmówi?y mi pos?usze?stwa. Nie mog?em si? poruszy?. Magia p?yn?ca z muzyki otumania?a mnie i unieruchamia?a. Nagle obraz dooko?a zacz?? si? zaciera?, rozmywa?. Wydawa?o mi si?, ?e ??cz? si? z przyjacielem w jedn? osob? o wspólnych wspomnieniach i my?lach. Nieznane postaci… obrazy miejsc… pojawi?y si? na skrajach pami?ci. Przesta?em s?ysze? muzyk?. Przesta?em s?ysze? cokolwiek. Zala?a mnie fala ca?kowitej ciszy. Chcia?em krzykn??, zapyta? nieruchom? sylwetk? Ombiraxa, jednak z moich ust nie sp?yn??o ?adne s?owo. Ani jeden wyraz nie opad? ci??ko na ziemi?, nie rozbi? si? kaskad? liter o pod?og?, nie wzbi? si? w powietrze jak delikatny, ciep?y wietrzyk. Otacza?a mnie cisza, która by?a bardziej ostra od wypolerowanego, nowo wykutego czubka miecza, ale te? nie mniej delikatna ni? mu?ni?cie skrzyde? motyla. Cisza po prostu by?a. Wsz?dzie. Otoczy?o mnie przera?aj?ce uczucie, ?e b?dzie ona moim jedynym przyjacielem przez wszystkie lata, ?e utraci?em co? bardzo, bardzo cennego.
Nagle Ombirax drgn??, a g??boko w jego oczach pojawi?y si? ?renice. Jego twarz poblad?a. Chyba co? mówi?, ale nie s?ysza?em go. Nagle zerwa? si?, gitara upad?a na ziemi?, a on zmia?d?y? j? podeszw? buta. Po chwili skierowa? si? w stron? drzwi, co? be?kocz?c. Kiedy do nich dotar?, zala?a mnie fala d?wi?ków, które porani?y moje uszy i umys?. Zd??y?em us?ysze? zamieraj?ce na ustach Ombiraxa s?owo.
Zamkn??em oczy i chwyci?em si? za skronie. T?py ból rozsadza? mi czaszk?. J?kn??em i zatoczy?em si?. Upad?em i straci?em przytomno??.
Ockn??em si? w swoim pokoju. Na ziemi le?a?y resztki gitary, a na ?ó?ku, ci??ko dysz?c, zwi?zany Ombirax. Obok siedzia? jego ojciec. Obydwaj mieli potargane w?osy, a pomi?ta szata Dirowerwesa w kilku miejscach by?a rozdarta.
- Co si? sta?o? - spyta?em earowosa, udaj?c, ?e nie dostrzegam Ombiraxa.
„To nie by?a moja wina!” zawy? ch?opak w my?lach. „To ona! Faramne mnie zmusi?a!” ?zy sp?ywa?y mu z oczu.
„Co ty mówisz?” przel?k? si? Dirowerwes i odwróci? w jego stron?. Ombirax sm?tnie zwiesi? g?ow?. Zrobi?o mi si? go ?al.
„Sam si? przekonaj” cicho poprosi? ch?opak, zaciskaj?c wargi. Dirowerwes podwin?? r?kawy, wyci?gn?? d?onie i dotkn?? g?owy Ombiraxa. Z piersi earowosa wyrwa?o si? westchnienie. Cofn?? r?ce i spojrza? na mnie ?wiec?cymi oczami. Po skroniach sp?ywa?y mu krople potu.
Rozdzia? 8
?MIER?
fragment „Kiro pociesza Arisha”
M??czyzna dr??cymi d?o?mi odebra? ode mnie tabliczk? i prze?ledzi? wzrokiem napis. Upu?ci? drewno i jak w transie podszed?, do zakurzonych drzwi. Widzia?em, jak ?zy wzbieraj? mu w k?cikach oczu, jak wykrzywia usta w grymasie rozpaczy. Zda?em sobie spraw?, ?e mimo i? musia? zostawi? swoj? ?on?, autentycznie j? kocha?. Teraz zgi?? si? w bezsilnym bólu opieraj?c czo?o o ziemi?. J?kn?? g?o?no i uderzy? w ziemi? zaci?ni?t? pi??ci?. Kurz i py? wznios?y si? w powietrze. Nagle znik?d pojawi?a si? ?wietlista, kobieca posta?. Sun??a w powietrzu. Melancholijna, smutna. Kl?kn??a za earowosem i po?o?y?a mu d?o? na plecach. Pochyli?a si? nad nim i zacz??a szepta? mu do ucha pocieszaj?ce s?owa. Patrzy?em na to oniemia?y. Po chwili podnios?a twarz i spojrza?a na mnie. Jej oczy wyra?a?y bezgraniczny ból. Przyjrza?em si? wyra?nie jej rysom. Delikatna, przeorana zmarszczkami i drobnymi bliznami twarz mog?a nale?e? do okrutnie krzywdzonego przez ca?e ?ycie dziecka. Rozpozna?em j?. Dziewi?ta bogini, która zdecydowa?a si? znosi? cierpienie wszystkich ras, ludów i osobnych, pojedynczych stworze?. Ta, która wys?uchiwa?a naszych j?ków. Jedyna, która zawsze przy nas by?a, która cierpia?a razem z nami. Kiro, bogini Cierpienia przyt?oczona by?a ogromem szczerego bólu Arisha.
SPOTKANIE
Rozdzia? 9
fragment „Hanish i Amofe”
Odetchn??em g??boko i poprawi?em potargane w?osy. Wstydzi?em si? tego, co chcia?em zrobi?.
Zrobi?em kilkana?cie kroków w stron? miejsca, gdzie spa?a Amofe. Oparty o drzewo patrzy?em na jej delikatne rysy, g?adkie, jasne w?osy rozsypane na ramionach, na rytmicznie unosz?ce si? piersi. Kiedy ch?odniejszy powiew w?lizgn?? si? pod jej pled, zadr?a?a. Rozejrza?em si?, czy nikt mnie nie obserwuje i kl?kn??em obok niej. ?ci?gn??em opo?cz? i okry?em ni? delikatne cia?o Amofe. Odetchn??a i poprawi?a s?u??c? jej za podg?ówek torb?. Czu?em, jak serce nerwowo mi bije, a uszy wy?apuj? ka?dy d?wi?k wyolbrzymiaj?c go. Chcia?em, ?eby ta chwila trwa?a wiecznie.
„Dzi?ki” pomy?la?em, wysy?aj?c do Ombiraxa wyra?n? my?l. „?e otworzy?e? mi oczy”
Nagle Amofe przebudzi?a si?. Ostro?nie dotkn??a p?aszcza, którym j? okry?em, a potem zerkn??a w moj? stron?. Powstrzyma?em pierwszy odruch, ?eby umkn??, znikn?? i nie przyzna? si?, ?e tam by?em. Wiedzia?em jednak, ?e nigdy potem nie odwa?y?bym si? ju? do niej podej?? i jej powiedzie?… zawsze ?a?owa?bym tej chwili s?abo?ci. Jednak… moje serce obawia?o si? powtórzenia sytuacji z Ame. Ba?em si? poni?enia…
Nie wiem, co w ko?cu sprawi?o, ?e zosta?em przy budz?cej si? dziewczynie, dlaczego nie uciek?em, nie stchórzy?em.
- Amofe… - szepn??em. Otworzy?a oczy i usiad?a.
- Hanisz? - jej g?os zawis? w powietrzu. Widzia?em
w jej oczach niepewno??.
- Chc? ci? przeprosi? - powiedzia?em cicho. - Za wczorajsze. Jestem sko?czonym kretynem, skoro tak si? zachowa?em - Milcza?a. Wiedzia?a równie dobrze jak ja, ?e to nie koniec i ?e nie po to przychodzi?em do niej w ?rodku nocy. Prze?kn??em ?lin?. - Amofe… - powtórzy?em, delektuj?c si? brzemieniem jej imienia. Usiad?em obok, wpatruj?c si? uwa?nie w jej oczy.
- S?ucham - o?wiadczy?a z u?miechem. Ostro?nie dotkn??em jej d?oni. Sp?oszy?a si? i cofn??a j?. Przekl??em si? w duchu. Wszystko stracone. Jeden g?upi gest i wszystko mog?o pój?? ?le.
- Dostrzeg?em to dopiero wtedy, kiedy by?a? daleko - powiedzia?em, odwracaj?c twarz. Musia?em sko?czy?, cokolwiek by si? potem mia?o sta?. - Kiedy nie czu?em twojej obecno?ci, nie s?ysza?em twoich docinek, kiedy nie mia?em pewno?ci, ?e mog? zwróci? si? do ciebie z jak?kolwiek b?ahostk?. Na co dzie? nie potrafi?em doceni? tego, co zauwa?y?em, kiedy ciebie nie by?o - dopiero teraz znowu na ni? spojrza?em. Nie potrafi?em jednak odgadn?? jej my?li. Dolna warga zadr?a?a mi, kiedy wypowiedzia?em s?owa, którymi o ma?y w?os si? nie zakrztusi?em. - Amofe, Jeste? mi bli?sza ni? ktokolwiek na ca?ym Slamishyx.
Z jednej strony cieszy?em si?, ?e ciemno?? ukrywa wilgotno?? moich oczu, ale z drugiej nie mog?em ujrze? wyrazu oczu Amofe. Czeka?em cierpliwie na odpowied?. Serce ?omota?o mi w piersi. Us?ysza?em jej oddech i czu?em, jak jej usta zwijaj? si?, aby po?o?y? kres moim nadziejom, albo uczyni? mnie najszcz??liwszym na ?wiecie.
- Kocham ci? - szepn??a. Rado??, która rozbrzmiewa?a w jej g?osie by?a dla mnie wi?kszym skarbem ni? wszystkie klejnoty Otimi razem wzi?te. Przesun??em palcami po policzku Amofe i przypomnia?em sobie jak okre?li?em kolor jej skóry podczas naszego pierwszego spotkania. ?niada. Zbli?y?em twarz do jej twarzy i delikatnie, przymykaj?c oczy, poca?owa?em j?. Zanurzy?em d?o? w jej w?osach, a ona przyci?gn??a mnie do siebie. Nigdy w swoim szesnastoletnim ?yciu nie dozna?em czego? takiego. Dr?a?em, kiedy jej usta muska?y moj? szyj?, rozkoszowa?em si? dotykiem jej d?oni. Trzasn??a ?amana ga??zka.
|